Oszczerstwo marihuany

"Oszczerstwo latte" (latte libel) to pojęcie spopularyzowane przez Thomasa Franka w ksiażce "Co z tym Kansas?", w której autor analizuje konserwatywny triumf Republikanów polegający na przesunięciu centrum debaty publicznej ze spraw gospodarczych na świadopoglądowe. Samo pojęcie odnosi się do naszkicowania linii podziału między "przywiązanymi do wartości" Republikańskimi stanami czerwonymi i "snobistycznymi, pogardzającymi prostotą i poczciwością" niebieskimi stanami Demokratów. Mówiąc precyzyjnie: "latte libel" to taka projekcja Innego, która pozwala określić amerykańskiego liberała jako bogatego mieszczucha uwielbiającego latte, importowane sery i samochody Volvo.

Stygmatyzacja na poziomie gustów konsumenckich jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi alienacji, którą od wielu lat cynicznie rozgrywają politycy każdej z polskich sił parlamentarnych. Hipster/bogaty student pije kawę w Starbucksie, korzysta z urządzeń Apple'a, uczniowie drogich, prywatnych liceów w dużych miastach nie robią właściwie nic oprócz palenia marihuany i wciągania kokainy – to właśnie na lifestylowych stronach tygodników opinii i w scenariuszach seriali zaczyna się kreowanie polityki u samych podstaw.

Osobliwą sprawą jest sprawa Stasia Fryczkowskiego, nastolatka "ze znanego liceum Bednarska, ucznia ogniska muzycznego, grającego na pianinie i saksofonie laureata konkursu poetyckiego", cynicznie "rozgrywana" przez wszystkie ważniejsze frakcje parlamentarne i pozaparlamentarne. Akcent położony na warunki bytu, podkreślanie, że Staś nie pochodził z byle marginesu, można uznać za przypadek; moim zdaniem jednak oszczerstwo marihuany zadziałało tu w dwojaki sposób; konserwatywny backlash, służący od zawsze bogatym z Warszawy, został podprogowo wymierzony w "bogatych z Warszawy", którym mimo zapewnień bezradnej matki dzieci podejrzanie wymykają się z rąk i wpadają prosto w sieć narkotykowego nałogu. Ponieważ chcę zwrócic uwagę, jak debata wokół marihuany obudowany jest celebryckim i establishmentowym immunitetem, za symboliczną ramę najnowszej dyskusji można uznać właśnie rozpiętość od "sprawy" Kory Jackowskiej do eskalacji w postaci sprawy Stasia.

Co najmniej od czasów postawienia zarzutów Korze trwa prawdziwy koncert narkotycznych coming-outów. Kamil Sipowicz twierdzi, że "90% artystów pali marihuanę". Muniek Staszczyk nie zna nikogo, kto w życiu by jej nie palił (zapewne dlatego, że jego znajomi rekrutują się z tego samego arystycznego środowiska co Sipowicz). Używając pozornie inkluzywnego języka, marihuana staje się w wypowiedziach tych skądinąd raczej konserwatywnych twórców czymś na poziomie, czymś, co każdy powinien przeżyć, a jeśli już, to nie powinien palić plebejskiej, "metylowej polskiej marihuany", tylko świetną marihuanę internacjonalną, do jakiej dostęp ma tylko Sipowicz.

Efekt wzmaga nowe kino moralnego niepokoju, od "Galerianek" po "Bejbi blues", które pokazuje monotonnie odmalowany świat uczestnictwa w konsumpcji. Dzieci z ubogich rodzin lub studentki przyjeżdżające z mniejszych miast uprawiają seks oralny dla gadżetów, które ich bogatsi koledzy pijący latte, chodzący do określonych klubów i sklepów mają na co dzień. Miękkie i twarde narkotyki w tym świecie są zawsze dopełnieniem obrazu degeneracji i wściekłego konsumeryzmu. Popkultura wpycha kokainę w nos głównie "białym kołnierzykom", marihuanę palą ich dzieci oraz dzieci artystów. Tak wygląda wizja problemu narkotyków w mediach- jak rewers zgryźliwego obrazu San Francisco w "South Park", nad którym to postępowym miastem unosi się smog samozadowolenia.

Dzieje się to przy jednoczesnym stygmatyzowaniu szkodliwego alkoholu, który oparł się rodzajowi dyskursywnej elityzacji i nadal kojarzony jest głównie z biedą i życiowym niepowodzeniem. Narkotyki poza dużymi "ośrodkami" są przez kulturę masową symbolicznie przemilczane. Między innymi dlatego z perspektywy lewicowej rozmowa o legalizacji jest obecnie przeciwskuteczna, i kojarzy się jedynie z podszczypywaniem przeciwnej strony, oddalając realnie ważny spór na grunt, z którego lewica w żadnym wypadku nie może wyjść zwycięsko, gdyż ta część opinii publicznej, która w oczach części Polaków stanowi obóz "liberalny", w rzeczywistości nie po raz pierwszy tworzy dystans i z wyższością patrzy na matki, które nie potrafią zrozumieć, dlaczego rozwiązaniem problemu narkotyków miałaby być ich legalizacja lub jeszcze bardziej surowa penalizacja. Jak zauważył Adam Ostolski w przedmowie do przewodnika Krytyki Politycznej "Polityka narkotykowa"- postępowe stanowisko nie polega w tym przypadku na byciu "za narkotykami" albo "przeciw narkotykom". Zdaje się, że lewica z czasem potrafiła o tej myśli zapomnieć.

Edukacja zapobiegająca popadaniu w nałóg zamknięta na tak beznadziejne alternatywy również jest skazana na klęskę. Gdyby w debacie publicznej, choćby w ciągu ostatnich tygodni, pojawił się liberał (w ujęciu Thomasa Franka, a nie Donalda Tuska), który byłby w stanie wyjaśnić większości, dlaczego demonizowanie marihuany służy politycznym i biznesowym korzyściom inaczej, niż czerpiąc z od dawna zużytych klisz, moglibyśmy uniknąć triumfu medialnej, rozmytej, ale jednak konserwatywnej tożsamości. Niestety, ludzie, którzy w moim przekonaniu słusznie zwracają uwagę na potrzebę "zmiękczenia" obecnego prawa, lubią sięgać po argumentację żałośnie naiwną i schematyczną. Zachód Europy nie jest tak naprawdę rajem dla konsumentów miękkich narkotyków w stosunku do zaściankowej Polski, zresztą peryferyjna argumentacja jak to zazwyczaj bywa jest kompletnie nieprzydatna. Zestawianie marihuany z alkoholem, marihuana jako narkotyk miękki i nieszkodliwy, marihuana po której nikt nie bije żony, marihuana jako fetysz i symbol wolności – to wszystko w atmosferze kompletnie zautomatyzowanej, rytualnej utarczki, przypomina, jak ujął to Jakub Żulczyk, rozmowę krzesła z garnkiem.

Przypomnijmy, że legalizacja marihuany łączy działaczy tak różnych (czy aby na pewno?), jak Kazimiera Szczuka i Janusz Korwin-Mikke. Wbrew pozorom nie wynika to zazwyczaj z szacunku dla wolności jednostki ani z głębokiej analizy kosztów społecznych takiego pomysłu. Chodzi o zagospodarowanie resentymentów i pogłębienie symbolicznego podziału; ludzie słabiej wykształceni i z mniejszych miast, poddawani systematycznemu, ekonomicznemu i społecznemu wykluczeniu, nie potrafią zdefiniować swoich potrzeb. Ich potrzeby definuje niski poziom debaty publicznej, który w ostateczności prowadzi jedynie do sformułowania postulatu "ochrony naszych dzieci" przez zdemoralizowaniem z Warszawy, Krakowa, drogich liceów i centrów handlowych; ochrony przez erupcją zepsucia bogatych, którym jakimś cudem udaje się przerzucić fałszywy pomost między tym zepsuciem a "rozpasanymi" środowiskami lewicowymi, które naiwnie godzą się na debatowanie o tematach narzuconych przez najczęściej bezsilną w innych strefach władzę.

Konkluzja ksiażki Franka jest łatwa do przewidzenia: motorem konserwatywnego zwrotu jest rozbicie jednostki o wynaturzony, przerysowany obraz nowoczesności, klęska napuszonego i dziwacznego Oświecenia zahaczająca przy okazji o resentymentalną nienawiść do intelektualistów jako klasy dominującej. Kulturowy backlash prowadzi do niechęci wobec wizerunku tzw. wyborcy lewicowo-liberalnego (choć Frank złapałby się za głowę, patrząc na współczesną, polską specyfikę tej charakterystyki, a poczucie faktycznej reprezentacji takiego wyborcy w Polsce jest żadne). To jeden z powodów, dla którego wizerunkowe operacje, jak pokazują ostatnie debaty polityczne- zupełnie niesłusznie- dokonywane przez konserwatywnych guru backlashu na mieszczańskiej Platfomie Obywatelskiej, która reprezentuje jakoby liberalne ciągoty do palenia trawy i abortowania dzieci mogą przyczynić się do klęski tej partii. To również jeden z powodów, dlaczego lewica okopana jest w gettcie "dziwaków", nie potrafiących wyartykułować najprostszych, ekonomicznych potrzeb wykluczonych i bez mrugnięcia okiem przyjmujących nieuczciwą, czarno-białą perspektywę "oszczerstwa marihuany". Wielkomiejska optyka nie pozwala dostrzec faktycznej temperatury społecznej wokół światopoglądowych sporów, którą świetnie potrafi zagospodarować prawica. I wobec takiej bezsilności drugiej strony po przystaniu na warunki gry – ciężko się na nią za to obrażać.
Trwa ładowanie komentarzy...