O autorze
Obecnie pisze dla Porcys, Literatek i Xiegarni. Wcześniej współpracował m.in z Hiro, Radiem Jazz, Polskim Radiem i Radiem Kampus. Laureat I nagrody konkursu krytycznoliterackiego Puls Literatury (2009).

Solimarność i immoralizm- Miller i Rokita o historii III RP

"Z reguły do polityki trafia najgorszy ludzki sort, karierowicze lub wariaci"- pisał w swojej analizie "upadku elit solidarnościowych" Robert Krasowski rok temu. Przeprowadzone przez niego wywiady z Leszkiem Millerem i Janem Rokitą stanowią znakomite potwierdzenie tej tezy.

Kilka lat temu, zapewne jeszcze w okresie komisji rywinowskiej, przeczytałem gdzieś obszerny artykuł zestawiający sylwetki autorów dwóch "Anatomii". Wyrazistą kreską szkicowano różnice między ówczesnym premierem a jednym z najpoważniejszych kandydatów na to stanowisko. Miller, żyrardowianin o korzeniach robotniczych, z predyspozycjami do odwalania najczarniejszej partyjnej roboty w terenie, i w opozycji do niego Rokita- pełen salonowego wdzięku, potrafiący godzinami rozprawiać nad niuansami kultury mykeńskiej (co zostało mi w głowie do dziś).



Nietrudno przewidzieć, do kogo zapałałem większą sympatią.



Po latach, gdy przeczytałem już więcej artykułów prasowych niż jeden, sięgając równocześnie po "Anatomię siły" i "Anatomię przypadku" wiedziałem, czego się można spodziewać- pragmatycznego cynizmu Millera, bujającego w obłokach państwowego idealizmu Rokity i niemal makiawelicznego realizmu Krasowskiego. Wiedziałem też mniej więcej, że Miller swojego politycznego interesu dopatrzy się w dyskredytacji Kwaśniewskiego. Co nadal mnie dziwi- senator Cimoszewicz na papierze wygrywa wszystkie wybory od stu lat (zwłaszcza te, w których nie startuje), co nie znaczy, że ktoś go traktuje z taką powagą jak starzejącego się w nieładnym stylu biznesmena Kwaśniewskiego. Dziwi to tym bardziej, że polityczne zapędy Kwaśniewskiego w 5 minut powinien skompromitować wywiad z Andrzejem Stankiewiczem, symbolicznie reaktywujący Polskę Rywina.

Jan Rokita to z kolei prawdopodobnie jedyny polski polityk w ostatnim tysiącleciu, który w suchej rozmowie o brutalnych, politycznych realiach, zapytany o "kogoś nad sobą, kogo Geremek uważał za autorytet, oprócz Wałęsy oczywiście" odpowie z kamienną twarzą: "Fernand Braudel". Duża część książki to usilne próby Krasowskiego, aby Rokitę ściągnąć w świat zwykłych śmiertelników, za którymi Rokita nie przepada. Nie kryje zwłaszcza swej niechęci dla ludu; słynne stwierdzenie Geremka, czyli pierwszego politycznego mistrza dawnego szefa SKL-u, o tym, że "lud nie dojrzał do demokracji" to dla niego truizm do dziś. Szydzi z "mdlejących z rozkoszy emerytek, mogących na żywo zobaczyć premiera wolnej Polski", ani przez chwilę nie zwątpił w dziejowe posłannictwo dawnej "Solidarności", mimo, że obraz tej formacji, jaki wyłania się z jego opisu, jest więcej niż przygnębiający, podobnie zresztą jak moralne spustoszenie w obozie postkomunistycznym, którego nie kwestionuje nawet Miller.



"Anatomie", podobnie jak recenzowane przeze mnie rok temu "Po południu", starają się opowiedzieć, jak toczyła się walka o systemowe rozwiązania, mające przyczynić się do realnej możliwości wcielania w życie własnej agendy. Zostawiają nieco na boku wszystkie pseudoideologie, stanowiące paliwo obecnych konfliktów. Te zostają w książkach zmarginalizowane- antykomunizm, kolaboracja, brzydki Kaczor, zaściankowa prawica, homofobiczny rasistowski ciemnogród, cywilizacja śmierci, narodowcy i lewactwo- to wszystko może dobre tematy dla naiwnych, którzy lubią trawić nudno rozpisany spektakl.

A spektakl, który oferują rozmówcy byłego naczelnego "Dziennika" jest co najmniej dynamiczny. O tym, że Miller to znakomity gawędziarz i prekursorski dla polskiej polityki twórca soundbite'ów na wielką skalę nikogo nie trzeba przekonywać. To nadal wpływowy polityk, dlatego nie ma się co dziwić, że jego narracja, mimo umiejętności żonglowania różnymi emocjami i językami, jest konsekwentna od lat. Millera czyta się lekko, czyhając na anegdotki takie jak ta przybliżająca libację z Krzaklewskim po przypieczętowaniu reformy administracyjnej i reakcję natchnionej marszałek Senatu Alicji Grześkowiak. Jednak o samym Millerze, a także o drugim najważniejszym polityku "lewicy" ostatnich 25 lat więcej mówią dwie niepozorne, przypomniane przez Rokitę sceny:

"Do dziś mam w pamięci, jak za rządu Suchockiej, po głosowaniu nad obniżeniem emerytur, Miller razem z Cimoszewiczem zaczęli skandować: "Solidarność! Solidarność!". Muszę przyznać, że ta scena zrobiła na mnie wtedy mocne wrażenie. I dotąd kojarzy mi się ze słynną sceną z "Psów" Pasikowskiego, kiedy pijani esbecy kładą na wyłamane drzwi swojego zalanego w trupa kumpla i idą z nim, śpiewając "Janek Wiśniewski padł".

I druga, dotycząca Kwaśniewskiego:

"Na jachcie pływającym gdzieś po Morzu Śródziemnym odbywa się spotkanie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. I tam- jako reprezentant Polski- Aleksander Kwaśniewski ze swoimi towarzyszami. Któryś z nich opowiada, jak w momencie, gdy wnoszony jest kawior, Kwaśniewski wznosi ręce do nieba i głośno wzycha: "Mój Boże, przecież właśnie do takiego życia jestem stworzony!"



Ale mimo tych smakowitych przykładów tak Miller, jak i Rokita najciekawsi są wtedy, gdy analizują słabości własnych środowisk. Miller oczyszcza pole na lewicy, podszczypując Cimoszewicza, Borowskiego czy Kwaśniewskiego, a jednocześnie umacnia narrację o sobie jako ofierze zbyt mocnej władzy i zbyt wyrazistej agendy. Niezbyt odkrywczą zresztą- nie różni się w tym przecież zbytnio od Kaczyńskiego czy nawet Olszewskiego. Szkoda jednak, że w głównym nurcie nie ma miejsca na uchwycenie szczegółów, a z książki Millera zostanie Kwaśniewski, który w Charkowie był pijany bardziej niż wszystkim się wydawało.

Nie znajdzie się też w półpartyjnych przekazach miejsca dla Ziobry, który wycofuje się z poparcia dla raportu Rokity, by nie narazić się "Gazecie Wyborczej", Lecha Kaczyńskiego jako natchnionego PPS-owca czy Jarosława Kaczyńskiego jako wyznawcy integralnego społecznego pesymizmu, o których to detalach mówi się w "Anatomii przypadku". W rozmowie z Rokitą najciekawsze są uwagi dotyczące planów "szarpnięcia cugli"- pokazują, że najtrzeźwiej na politykę patrzy się z perspektywy siły. "Spektakl" czy "teatr" opozycyjności totalnej za czasów Millera przekształca się w operę właśnie wtedy, gdy Rokita (z upodobaniem mówiący o sobie w trzeciej osobie) jest o krok od fotela premiera. Jednak dziecinna histeria Tuska rozpoczyna fatalną dla jakości polityki epokę przesady. Jeśli Miller we własnej opowieści przypomina wszechwładnego kongresmana Franka Underwooda z serialu "House of Cards", to Rokita może tylko przyglądać się dwójce pynchonowskich paranoików, wrzuconych w świat sztuk Davida Hare'a lub medialny totalizm ala "Black Mirror"- Kaczyńskiemu i Tuskowi.

Rokita w świetny sposób rozprawia się z rządami Jarosława Kaczyńskiego, uderzając nie tyle w od zawsze niepoważny dla zdrowych na umyśle "terror" IV RP, co w słabość i chaotyczność jego praktyki państwowej. Wyzbyte z emocji antykaczystowskich przykłady fanom Kaczyńskiego z pewnością trudniej jest przełknąć niż zideologizowane rewelacje z drugiej strony "Gazety Wyborczej". Co więcej, wg Rokity można domniemywać, że polityka Kaczyńskiego, oparta na triadzie absolutyzacji wroga, rewolucyjnej retoryki i mainstreamowej praktyki politycznej prawdopodobnie nie uległa zmianie nawet po Smoleńsku. Ta analiza ostatnich lat polskiej polityki pokazuje, że nawet Rokitę stać na więcej trzeźwej diagnozy niż dyrygentów medialnej opery. Co prawda ma on zwyczajnie ludzkie powody, by za Tuskiem nie przepadać, ale również portret obecnego premiera kreśli on bardzo przekonująco, zwłaszcza jeśli ma się w pamięci szefa PO chcącego przenosić obrady Sejmu na Politechnikę Warszawską i inne kontrowersyjne pomysły wodza w latach 2005-2007. Ale znów- to przecież nie miałkość charakteru i żądza poklasku zmienia wesołego trampkarza Tuska w wybitnego polityka, ale bezprecendensowe zrozumienie dynamiki wyobrażeń społecznych, znakomite odczytanie znaków czasu, gruntowna analiza nauk płynących z kadencji poprzedników i "samotność rewolucjonisty", o ile można tak mówić o polityku którego cele poza utrzymaniem władzy wydają się być znikome.



Krasowski jako przepytujący sprawdza się świetnie- pozwala wybrzmieć tezom obydwu polityków, dookreśla je nienachalnymi, własnymi intuicjami. Posiada wyraziste poglądy, co jednak nie znaczy służalstwa wobec konkretnych partii, a czego zdaje się nie rozumieć 95% "wyrazistych" publicystów w kraju. Niewątpliwie jest też zasługą Krasowskiego, że Miller właściwie nie ma szansy na podlizywanie się elektoratowi antypisowskiemu, a schemat moralnej wyższości spadkobierców Solidarności nad postkomunistami w opisie Rokity zostaje poddany w wątpliwość.

Po raz kolejny Krasowski pokazuje dystans dzielący poczucie determinizmu moralistów i skuteczność politycznych działań. Anachroniczne analizy populizmu, podczas gdy już dawno stracił on pejoratywny wydźwięk, nie pomogą zmienić żałosnej sceny politycznej na lepsze, w przeciwieństwie do przybliżania jej kulisów, nieśpiesznego jak premier Mazowiecki, ale znacznie solidniejszego. Trylogia, uzupełniana rozmową z Ludwikiem Dornem, to efektowny przypis dla "Po południu" i znów- publicystyka na najwyższym poziomie.

Leszek Miller "Anatomia siły", Czerwone i Czarne 2013
Jan Rokita "Anatomia przypadku", Czerwone i Czarne 2013
Trwa ładowanie komentarzy...